"Cud, no bo jak to nazwać"

Lourdes , 06 lutego 2010, 17:28

„Lourdes” opowiada historię niepełnosprawnej, chorej na stwardnienie rozsiane kobiety, która traktuje wyjazdy organizowane przez Kościół jako szansę na poznanie świata.

Dzięki Christine mamy szansę zobaczyć najpopularniejsze „usługi” oferowane pielgrzymom - błogosławieństwo, kąpiel w wodzie z Lourdes, wejście do groty objawień itp. Widzimy długie kolejki do ważnych miejsc, tłumy pojawiające się na nabożeństwach, ogromną pobożność i skupienie na modlitwie. Poznajemy też osoby, które jej towarzyszą – armię wolontariuszy, inne schorowane osoby.

Moim zdaniem najważniejszym atutem tego filmu są długie sceny pokazujące jedno zdarzenie, jak choćby końcowy bankiet. Mamy wtedy możliwość przyjrzeć się wszystkim bohaterom, poznać każdego w mniejszym lub większym stopniu, zobaczyć co nimi kieruje, poniekąd „wejść w ich skórę”. Nie jest to może głębokie studium nad ludzką psychiką, możemy jednak zobaczyć rzeczy oczywiste, choć często do końca nieuświadomione, takie jak ludzką zazdrość i zawiść, czy instrumentalne traktowanie wiary.

Coś, co mnie zachwyciło w tym filmie to liczba postaci drugoplanowych. Nie mamy problemu z zapamiętaniem ich, każdy ma coś do powiedzenia, każda postać co jakiś czas się pojawia. Znów kluczowa jest tu moim zdaniem ostatnia scena, kiedy mamy możliwość zobaczyć wszystkich razem, ujrzeć, co robią, o czym myślą.

Nie mogę się zgodzić z tym, że nikogo nie interesuje los głównej bohaterki, że nawet po cudownym uzdrowieniu jest cały czas samotna. Oczywiście, można powiedzieć, że każdy jedzie do Lourdes w swojej własnej sprawie, licząc, że to on zostanie uzdrowiony, jego choroba zniknie, a na uleczenie Christine patrzą z zazdrością i niedowierzaniem. Jednak, czy my, postawieni w takiej samej sytuacji zachowywalibyśmy się inaczej? Obawiam się, że nie, i jest to absolutnie zrozumiałe.

Jedną z ciekawszych postaci ukazanych w filmie jest współlokatorka Christine. Cały czas się zastanawiam, co nią kierowało, czy była to może samotność i chęć poznania kogoś, zaprzyjaźnienia się, a na to liczyła pomagając Christine, czy jej działania były czysto altruistyczne tzn. czy udało jej się wznieść ponad własną chorobę i cierpienie, aby pomóc osobie bardziej pokrzywdzonej? W filmie nie zostało to rozstrzygnięte w sposób jednoznaczny, wydaje mi się, że te dwie postawy cały czas w niej ze sobą rywalizują, nie zmienia to faktu, że niezależnie od przyczyn, podejmowane zostają te same działania, czyli wspieranie Christine. Uważam, że jeśli rzeczywiście doszło do cudu, duży wpływ na to miała postawa owej babci.

W filmie nie zabrakło też kilku elementów humorystycznych, jak choćby „nagroda dla najlepszego pielgrzyma”, które to pozwalały na chwilę rozluźnić się, zapomnieć o problemach bohaterów – w końcu ciężko schorowanych ludzi, których jedną szansą na odzyskanie zdrowia jest cud.

Czy w filmie jest jakieś przesłanie? Szczerze mówiąc nie wiem, ja się żadnego nie dopatrzyłem. A czy warto obejrzeć? Warto, gdyż Lourdes jest tu tylko pretekstem do pokazania natury ludzkiej.

Podziel się na Facebooku!

Cały czas się zastanawiam, co nią kierowało, czy była to może samotność i chęć poznania kogoś, zaprzyjaźnienia się, a na to liczyła pomagając Christine, czy jej działania były czysto altruistyczne tzn. czy udało jej się wznieść ponad własną chorobę i cierpienie, aby pomóc osobie bardziej pokrzywdzonej?

Mam wrażenie, nieco pesymistycznie, że jedną z jej motywacji była potrzeba bycia przydatnym, a może nawet potrzeba uzależnienia od siebie słabszego. [spoiler] Wnioskuję to po reakcji babci na uzdrowienie Christine -- na początku była to radość, potem jednak powoli zaczął to być żal. Bo dziewczyna nagle stała się samodzielna i przestała babci potrzebować.

[spoiler] Masz absolutną rację, że żal się pojawił, jednak moim zdaniem wynikało to z całkowitego, kolokwialnie rzecz ujmując, "olania" babci przez Christine. Kiedy tylko zaczęła chodzić przestała się nią zupełnie interesować (specjalnie zwracałem na to uwagę będąc po lekturze twojej notki). Co ciekawsze to właśnie ta babcia nie zostawiła jej, kiedy potrzebowała pomocy w ostatniej scenie.
[/spoiler]
Dlatego moim zdaniem ostatnia scena i postać babci (czy ona się jakoś nazywa?) są najciekawsze.

Tak, oczywiście, choć to chyba można było przewidzieć. Czy gdybyś nagle po X latach sparaliżowania wyzdrowiał, myślałbyś o czymś innym niż taniec, miłość, cieszenie się nowo nabytą wolnością?

Nie wiem też czy zauważyłeś, ale w momencie jak Christine znów zasłabła, Babcia ewidentnie ucieszyła się, że "wszystko wróciło do normy" i znów może się nią opiekować i wozić ją na wózku. Tak nie postępuje osoba działająca altruistycznie.

Szczerze mówiąc nie wiem o czym bym myślał. A czy się ewidentnie ucieszyła? Wydaje mi się, że nie.

Altruizm to fikcja. Też tak widzę babcię jak Ty, niestety. I w ogóle mam wrażenie, że wszyscy dookoła, babci nie wyłączając, "wepchnęli" Christine z powrotem na wózek.

To, co najbardziej mnie poruszyło w tym filmie, to gra wszystkich bohaterów. Oni mówią bardzo niewiele, za to ich twarze mówią bardzo wiele. Ich spojrzenia, np. spojrzenie matki tej młodej dziewczyny na wózku, kiedy Christine zaczęła chodzić, bezinteresowna nienawiść, zawiść. To tak strasznie ludzkie i... ohydne. Bo jasne, że matka chce wszystkiego najlepszego dla swojego dziecka, ale dlaczego z tej okazji chce wszystkiego najgorszego dla innych?

Babcia jest świetna. Mam wrażenie, że na tej pielgrzymce była wyalienowana. Przylgnęła do Ch., bo nie umiała? nie chciała? znaleźć się w jakiejś innej podgrupce, z nikim tam nie była blisko. I oto trafia się dziewczyna zależna od innych, fajnie więc ją uzależnić od siebie, prawda?

Polubiłam Christine, chociaż nie jestem pewna, czy umiałabym się z nią zaprzyjaźnić. Z jednej strony rozumiem, że pielgrzymki były dla niej jedynym sposobem na wyjście z domu, z drugiej - nie rozumiem jej reakcji na uzdrowienia. Bo w niepełnosprawności tak naprawdę wystarczy mieć sprawne ręce, żeby być samodzielnym i samowystarczalnym. Myślę, że wcale nie jest tak, że jak zaczynamy chodzić, to się natychmiast oddajemy płytkim rozrywkom (wnioskuję i z autopsji, i z rozmów ze znajomymi, którzy mają takie zdarzenia za sobą). Jasne, że się myśli, żeby wykorzystać tę sprawność, i to szybko, bo może zaraz zniknąć, ale właśnie dlatego wykorzystuje się ją maksymalnie, nie trwoni się na głupie tańce. A miłość? Miłość jest i wtedy, kiedy się jest na wózku. Sprawność daje jedynie samodzielność.

Jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła w tym filmie: fasadowość, płytkość, powierzchowność relacji, przeżyć, czy jak to nazwać. Kiedy Cecile mdleje i zostaje odwieziona do szpitala, nikogo to nie obchodzi. Odmawia się szybką modlitwę, odbębnia właściwie, i dalej jej losy nikogo nie obchodzą - to taka samotność we wspólnocie (religijnej), mnóstwo ludzi wokół, a tak naprawdę każdy tam był samotny.
Wolontariuszki romansują, klepią modlitwy (nad łóżkiem chorej), opieka nad niepełnosprawnymi jest dla nich w najlepszym razie zwykłym obowiązkiem, bezosobowym zupełnie, często denerwującym, bo wolałaby pobalować, poflirtować.
Nawet ksiądz, który ma być duchowym wsparciem, klepie sztampowe formułki, nie interesując się tak naprawdę swoimi wiernymi.
Przerażająca wizja współczesnego społeczeństwa w ogóle, a nie tylko tej części, która pielgrzymuje. I tylko jeden dziadek to zauważa; na pytanie, czy mu się podoba (nb. powtarzane do znudzenia), odpowiada, że tak, ale jutro znowu będzie sam. I co? I nic, żadnej reakcji.

Cały personel tam, mam wrażenie, pojechał tylko po to, żeby połechtać swoje ego, żeby móc potem powiedzieć, że spełnił obowiązek moralny, że zrobił coś dla drugiego człowieka, a tak naprawdę to jest puste, oni wszyscy zrobili coś, ale nie dla drugiego człowieka, tylko dla jego ciała, jakby to ciało nie posiadało ducha.

Film naprawdę dobry - a obejrzałam go dzięki tej Waszej dyskusji. :-)

BTW, trailer na stronie filmu nie działa, można go jakoś wywalić?

Zanim się ustosunkuję - rozwiń trochę swoją myśl i będzie kolejna notatka :)

I w ogóle mam wrażenie, że wszyscy dookoła, babci nie wyłączając, "wepchnęli" Christine z powrotem na wózek.

O to to, dokładnie! Takie piekiełko "co, tobie ma być lepiej niż nam?! Tak nie może być! Wracaj na wózek, ale już!!!"
Babcia jest świetna. Mam wrażenie, że na tej pielgrzymce była wyalienowana.

Prawda, absolutnie prawda.
I oto trafia się dziewczyna zależna od innych, fajnie więc ją uzależnić od siebie, prawda?

Wydaje mi się (wręcz jestem przekonany), że nie myślała o tym w takich kategoriach. Po prostu czuła się samotna, a to jest straszliwe uczucie, kiedy nikt się tobą nie interesuje.
Jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła w tym filmie: fasadowość, płytkość, powierzchowność relacji, przeżyć, czy jak to nazwać. (...) mnóstwo ludzi wokół, a tak naprawdę każdy tam był samotny. (...) Przerażająca wizja współczesnego społeczeństwa w ogóle, a nie tylko tej części, która pielgrzymuje.

Prawda, prawda, 100% prawdy w prawdzie. Jednak czy nie o tym mówił też Mały Książę, że "samotnym jest się także wśród ludzi"? Moim zdaniem nihil novi, ale rzeczywiście, dobrze pokazane to zostało.
Cały personel tam, mam wrażenie, pojechał tylko po to, żeby połechtać swoje ego, żeby móc potem powiedzieć, że spełnił obowiązek moralny, że zrobił coś dla drugiego człowieka, a tak naprawdę to jest puste, oni wszyscy zrobili coś, ale nie dla drugiego człowieka, tylko dla jego ciała, jakby to ciało nie posiadało ducha.

Też prawda, ALE! Z moich obserwacji wynika, że wielu ludzi w ogóle nie interesuje pomoc drugiemu człowiekowi, więc dobrze, że znaleźli się ludzie, którzy pomogli w sposób całkowicie fizyczny. Niezależnie od pobudek jakie nimi kierowały, tacy ludzie są potrzebni. Takie jest moje zdanie.

(jak Wy robicie takie ładne cytaty?)

Nad rozwinięciem pomyślę. :-)

Lekiem na samotność nie może być uzależnienie kogoś bezbronnego od nas. To się nigdy nie uda. Nie tędy droga. Babcia wyglądała na niegłupią, poza tym przeżyła życie, ma doświadczenie i wiedzę, więc zdawała sobie z tego sprawę. Mnie się zdaje, że to ten typ ludzi, którzy pod płaszczykiem pomagania innym realizują własne egoistyczne cele, chcą mieć władzę. Trochę jak nadopiekuńcze matki, zuo. :P

To fakt, nihil novi, ale wszystko już było. Teraz już nie można się chyba zastanawiać nad tym, co pokazać (bo na pewno już ktoś to zrobił), tylko jak to pokazać.

Pewnie, że są potrzebni! Nawet z niefajnymi intencjami można zrobić dużo fajnych rzeczy. Pomyślałam sobie jeszcze, że być może jedną osobą o nieco czystszych intencjach była Cecile.

(jak Wy robicie takie ładne cytaty?)

Tu masz to opisane: http://filmaster.pl/formatowanie

Dzięki! Podlinkowałam sobie w zakładkach. ;)

Czy Cecile miała czyste intencje? Moim zdaniem nie wyróżniała się zbytnio spośród innych postaci. Zgoda, z jednej strony rzeczywiście to ona wyglądała na spiritus movens całej pielgrzymki, ale z drugiej, gdy Ch. opowiadała jej o swoim śnie, to Cecile delikatnie, acz stanowczo kazała jej, nie wiem, zapomnieć o uzdrowieniu? żeby przestała o tym mówić, myśleć? Może było to powodowane zazdrością, może troską o to, żeby nie doświadczyła rozczarowania, nie wiem. Uważam, że tak samo chciała wyzdrowieć jak inni, tylko może mniej to pokazywała i nie chciała do tego dojść po trupach, ale poprzez pomoc innym. I w ten sposób sam sobie udowodniłem, że nie mam racji - tak, Cecile się wyróżnia trochę na plus.

Jej intencji nie znamy tak naprawdę. Cecile wydała mi się dość szorstka i chłodna, ale właśnie momentami pełna ciepłych emocji. Myślę, że też chciała wyzdrowieć, nie wyglądała na typ umartwiający się, dla którego choroba miałaby być czymś jednoznacznie pozytywnym. I trochę też o jej intencjach wobec Ch. mówi jej sen - o ile dobrze pamiętam, to śniło jej się jednak, że Maryja uzdrowi Ch. i o tym Ch. opowiedziała. Trudna do rozgryzienia postać. :-)

W ogóle w tym filmie żadna postać nie jest moim zdaniem do końca jednoznaczna i to jest siłą tego filmu :)

A to prawda :-) I w ogóle nic nie jest na tacy podane, trzeba sobie domyślić, bo i dialogi skąpe. Lubię tak.

Mnie bardzo zastanawia postać wolontariusza, w którym zakochała się Christine.
[spoiler]
Dlaczego zostawia ją samą, kiedy tylko potknęła się na parkiecie? Czy przestała być dla niego interesująca, kiedy tylko cud jej wyzdrowienia został poddany w wątpliwość?
[/spoiler]

Mogły wrócić dawne lęki. Interesował się nią przecież od początku, ale przełamał lody dopiero gdy stała się "normalna".



Eksperyment reklamowy

Rozpoczęliśmy właśnie współpracę reklamową z siecią ARBOnetwork. Nie zdziwcie się więc jeśli pod menu Filmastera zauważycie co jakiś czas duży banner reklamowy. ...

Konkurs na wideo-recenzję

Dawno nie było żadnego konkursu? Prawie 3 tygodnie! No to zaczynamy kolejny. Tym razem regulamin jest prosty: weź kamerę, aparat fotograficzny z ...

Recenzje z ENH 10 – nagrody

Tydzień temu zakończył się 10. MFF Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Filmasterzy przybyli na festiwal licznie i zasypali wręcz serwis relacjami z ...

Planeta

Planeta krótkie recenzje

Planeta notki

Planeta komentarze